Strony

niedziela, 8 września 2019

Epilog

Luca POV:
Wchodzę do domu z ogromnym bukietem kwiatów, który wręczam Lupicie. Chowa go przed Gabrielle i wystawia kciuk ku górze, czmychając do kuchni. Pracowała dla mnie od lat i bardzo polubiła moją kobietę, co zbytnio mnie nie dziwiło, ponieważ Gabrielle nie dało się nie lubić. Do każdego odzywała się z szacunkiem i sympatią, zawsze chętna do pomocy, uśmiechnięta, miła. Zadziwiała mnie za każdym razem, kiedy zastawałem ją w kuchni ugniatającą ciasto na jej ulubione bułeczki. Wiele razy to ona gotowała obiad, dając wolny dzień Lupicie. Kochałem to w niej. Była beztroska, cieszyły ją małe rzeczy i uwielbiała sprawiać mi przyjemność. Jak wtedy, kiedy po ciężkim dniu wróciłem do domu zmęczony, wymemłany i głodny. Gabi czekała na mnie w salonie, z gotową kolacją i butelką mojego ulubionego wina. Nie, nie było to nic wystawnego, wręcz przeciwnie, siedzieliśmy na dywanie, jedliśmy palcami i rozmawialiśmy o odwiedzinach jej braci. Minęło półtora miesiąca od wydarzeń na lotnisku, a ona stęskniła się za rodziną.

Brałem te słodkie, normalne chwile garściami, wciąż nie wierząc, że naprawdę była ze mną, w moim domu, w moim łóżku. Każdego dnia zakochiwałem się w niej jeszcze mocniej, o ile było to możliwe, i rozpieszczałem do granic możliwości, za co Gabrielle mnie karciła. Wciąż tłukła mi do głowy, że nie potrzebuje prezentów; biżuterii, drogich ubrań, modnych gadżetów. Dziękowała mi za to, że jestem, że
ją kocham, wspieram, daję szczęście i normalne życie. Czasami miałem łzy w oczach i tuliłem ją do siebie, aby nie widziała mojego wzruszenia. Powinienem zakopać przeszłość, nigdy o tym nie wspominać, a mimo to wciąż przeżywałem jej ciężkie chwile z tym skurwielem. Obiecałem sobie, że dam z siebie wszystko, aby była szczęśliwa i spokojna. Jak do tej pory świetnie mi się udawało.


Wchodzę do salonu i przystaję w progu, opierając ramię o futrynę i obserwując Gabrielle, która słucha muzyki, kręci pupą i składa pranie. Wspominałem już, jak bardzo mnie czasami zadziwiała? Przywykłem
do tego, że Lupita robiła za mnie wszystko, jednak moja pani miała na ten temat inne zdanie. Uwielbiała prasować, sama robiła pranie i czasami sprzątała. Tłumaczyłem jej, że nie musi tego robić, że moja gosposia oraz Elmira świetnie sobie z tym poradzą, ale w ogóle mnie nie słuchała i machała ręką, żebym
się zamknął. Więc robiłem to, pozwalając jej na domowe obowiązki, skoro tego właśnie chciała.
- Hej, kochanie - wita mnie uśmiechem, podchodzi i soczyście całuje w usta - Wszystko w porządku?
- Tak. Zostaw to pranie i przygotuj się - obejmuję ją w talii, niemal wybuchając śmiechem na jej uroczą, zdezorientowaną minę - Porywam cię gdzieś, ślicznotko. Masz dwie godziny, aby zrobić się na bóstwo.
- Brzmisz na podekscytowanego. Może uchylisz rąbek tajemnicy? Nie przepadam za niespodziankami.
- Musisz przywyknąć, bo mam zamiar sprawiać ci je bardzo często. Wytrzymaj te dwie godziny, okej?
- No dooobrze - przeciąga jak dziecko, zarzucając dłonie na moją szyję - Co mam na siebie założyć?
- Co tylko zechcesz, dziecino. Ładnemu we wszystkim ładnie, więc o to się nie martwię. Raz, dwa!
- Rządzisz się, Savastano - burczy pod nosem i muska moje usta, rozpalając we mnie znajomy płomień.


Punktualnie o dwudziestej Gabrielle jest gotowa. Gapię się na nią i obserwuję każdy krok, który stawia na schodach, krocząc w moją stronę. Muszę przełknąć ślinę na jej widok. Długa, krwistoczerwona sukienka jest długa do samej ziemi, a rozcięcie ukazuje całą nogę. Przypominam sobie dzień, kiedy zabrałem ją do restauracji po raz pierwszy. Miała na sobie taką samą sukienkę, oszałamiając mnie swoim wyglądem. Po
tej wspaniałej kolacji mieliśmy się kochać, jednak plan popsuli mi bracia Campos, który niespodziewanie pojawili się w mojej restauracji, z której nie wyszli na własnych nogach. Gabrielle była tego świadkiem, mimo to zachowała spokój, uniosła głowę i zachowała się jak typowa dama mafii. Nie rozpaczała na widok krwi, nie strzeliła mi pouczającej pogadanki, nie wpadła w panikę. Zaimponowała mi swoją siłą i już wtedy wiedziałem, że jest niesamowicie silną kobietą, taką, która nie da się łatwo złamać.

Na miejsce dojeżdżamy piętnaście minut później. Zasłaniam jej oczy przepaską, na co niemal przegryza mi gardło, bocząc się, że zniszczę jej makijaż, jednak ignoruję ją, biorę na ręce i wjeżdżam windą na ostatnie piętro wieżowca, który należał do mnie. Planowałem to przez bity tydzień, dopinając wszystko na ostatni guzik. Miało być idealnie, romantycznie i wyjątkowo. Nie mam pojęcia, czy naprawdę jej się spodoba, ale zaczerpnąłem kilka wskazówek od pań Mancuso, które okazały się bardzo pomocne. Tak oto jesteśmy na dachu, przy świecach, panoramie miasta i po zmroku. Oby wszystko poszło tak, jak zaplanowałem.
- Jesteśmy na miejscu - szepczę jej na ucho i stawiam na nogach, przytrzymując, aby złapała równowagę - Teraz zdejmę opaskę, kochanie - rozwiązuję czarny materiał, zabieram go i pozwalam, aby chłonęła widok. Przykłada dłonie do ust i rozgląda się, podziwiając dzieło. Wielki stół, świece rozstawione w każdym kącie, kwiaty i białą kanapę z baldachimem... całą rodzinkę Mancuso, ale i moją - To dla ciebie, najdroższa.
- O, mój, Boże! - niemal szlocha, wpadając w ramiona matki. Nie widziała jej od dnia, kiedy wyprowadziła się do swojej siostry. Minęło cztery miesiące, a Constanza nareszcie doszła do siebie. Pogodziła się ze śmiercią męża, i chociaż nadal czuła pustkę w sercu, wyglądała na spokojną. Gabrielle często rozmawiała
z nią przez telefon, ale dopiero kilka dni temu wyznała całą prawdę odnośnie Ignazio. Była zszokowana i zbladła, wpatrując się w córkę z ekranu laptopa. Chciała przylecieć natychmiast, ale powstrzymałem ją
i opowiedziałem o dzisiejszym spotkaniu. Co dziwne, a może i nie, Constanza zaakceptowała nasz związek
i za każdym razem, kiedy i ja miałem możliwość zamienić z nią słówko, była miła i patrzyła na nas z ogromnym rozczuleniem - Nie wierzę, że naprawdę tutaj jesteś, mamusiu! To cudowna niespodzianka! - słaby głos Gabi przywraca mnie do rzeczywistości. Obserwuję, jak ściska mamę i płacze w jej ramię.
- Jestem, córeczko. Tak bardzo za tobą tęskniłam! Obiecuję, że będziemy widywać się dużo częściej.
- Wszyscy będziemy spotykać się częściej, mamo - Domenico uśmiecha się szeroko, przybijając ze mną żółwika - Dobrze cię widzieć, stary. Przez półtora miesiąca chyba się za tobą odrobinę stęskniłem, wiesz?
- Właściwie ja chyba za tobą też - uderzam go w ramię i zapraszam wszystkich do stołu.


Kolacja mija w niesamowitej atmosferze. Gabrielle przez cały czas trajkocze z Ariną, Alessią, Thią oraz
z moimi siostrami, przez co niewiele zjada. Moi rodzice po raz pierwszy mają okazję porozmawiać z Constanzą, chwaląc jej córkę. Żałuję, że nie ma z nami Federico. Mógłbym udowodnić mu, że naprawdę mówiłem poważnie, kiedy odchodząc obiecałem, iż wrócę i odbiorę to, co moje. Pewnie by się zdziwił do czego udało mi się dojść, chociaż zabrało mi to więcej czasu, niż przypuszczałem. Może gdybym się pośpieszył, Ignazio nie zdążyłby zniszczyć Gabrielle i wyrządzić jej krzywy. Niestety nie posiadałem dużo, wyjechałem z Neapolu praktycznie z niczym i musiałem ciężko pracować, aby cokolwiek osiągnąć. Nie było sensu rozwodzić się nad przeszłością, skoro liczyła się dla mnie jedynie przyszłość. Federico odszedł. Ignazio również, ale my byliśmy tutaj i cieszyliśmy się sobą. To było najważniejsze.


Po kolacji nalewam wszystkim szampana i wręczam kieliszki. Humory dopisują, procenty zrobiły swoje, więc powinno pójść łatwo... przynajmniej taką mam nadzieję, kiedy stukam widelcem w kieliszek, a wszystkie spojrzenia kieruję się wprost na mnie. Okej, cofam to. Wcale nie będzie łatwiej.
- Cieszę się, że jesteśmy tutaj wszyscy razem, że ciężkie chwile są już za nami i możemy spędzić ten wieczór w komplecie - oblizuję usta, nieco za mocno ściskając nóżkę kieliszka - Zebrałem was tutaj nie tylko dlatego, aby zjeść kolację... - chrząkam, odstawiam szkło i sięgam do marynarki, wyjmując małe pudełeczko. Podchodzę do Gabrielle, wystawiam dłoń i czekam, aż ją ujmie, co robi bez wahania. Jej mina jest trudna do odgadnięcia; patrzy mi prosto w oczy lecz na jej ustach nie widnieje uśmiech, co kurewsko mnie stresuje - Wiesz, co do ciebie czuję. Długo czekałem na tę chwilę, ale z ręką na sercu przyznaję, że było warto. Jesteś dla mnie najważniejsza na świecie, i chociaż jesteśmy razem tylko cztery miesiące, nic nie liczy się oprócz ciebie, Gabrielle. Kocham cię i pragnę, abyś została moją żoną - klękam na jedno kolano, jak nakazuje tradycja, i otwieram pudełeczko. Zapada idealna cisza, która niemal dusi moje wnętrzności, a czas staje w miejscu. Wcale nie mam pewności, czy Gabrielle zgodzi się za mnie wyjść. Może to dla niej za wcześniej? Może woli poczekać? Zaledwie półtora miesiąca temu zabiła własnego męża!
- Och, Luca - szepcze cicho, wsuwa palec pod moją brodę i zmusza, abym na nią spojrzał. Więc patrzę w te piękne, ciemne oczy i chłonę jej szeroki uśmiech - Oczywiście, że zostanę twoją żoną, kochanie. Jesteś moim przeznaczeniem - niemal się rozklejam na to słowo. Zrywam się na równe nogi, wyjmuję pierścionek i wsuwam na odpowiedni palec, całując wierzch jej dłoni - Bardzo cię kocham, wiesz?
- Wiem, bo ja kocham cię jeszcze mocniej - porywam ją w ramiona i okręcam, wyduszając z niej pisk. 


Budzą mnie promienie słoneczne wpadające do pokoju. Leniwie uchylam powieki, ziewam i przecieram twarz dłonią, drugą układając po stronie Gabrielle. Jestem zaskoczony, bo w łóżku jestem sam. Na zegarku widnieje dopiero ósma trzydzieści, ale nie ma mowy o dalszym śnie. Zwlekam tyłek z łóżka, człapię do łazienki i biorę szybki prysznic, rozbudzając się w sekundę. Do domu wróciliśmy dopiero o trzeciej rano, świętując nasze zaręczyny i pijąc zdecydowanie za dużo. Dopiero teraz dopada mnie ból głowy i suchość
w ustach, co zwiastuje kaca. Świetnie! Nie marzę o niczym innym, jak o zmarnowanej niedzieli.
- Chlałeś, to teraz cierp - wzruszam ramionami, karcąc własne odbicie w lustrze i sięgam po szczoteczkę do zębów. Raz dwa pucuję uzębienie, płuczę usta i schodzę na dół. W domu panuje przeraźliwa cisza! - Halo! Czy ktoś tutaj jeszcze mieszka?! - wydzieram się, czego natychmiast żałuję. 
Moja głowa niemal wybucha od nadmiaru decybeli - Kurwa - opieram łokcie na blacie w kuchni i przykładam dłoń do dymiącej czachy. Jeśli zaraz nie wezmę czegoś na ból, nie przetrwam następnej godziny. Nie mam pojęcia, skąd ten kac morderca, skoro piłem jedynie whisky, a to jedyny alkohol, który wchodzi jak woda - Czy jest ktoś w domu?
- Ja jestem - przekręcam głowę, wlepiając wzrok w moją narzeczoną. Uśmiecha się, podchodzi do szafki i wyjmuję buteleczkę z tabletkami, którą kładzie przede mną - Weź dwie, kochanie - czochra moje włosy, całuje w czoło i sięga po filiżankę - Na pocieszenie dodam, że Domenico jest w gorszym stanie.
- Och, od razu mi lepiej - uśmiecham się szeroko, popijając dwie tabletki. To on wlewał we mnie alkohol jak w studnię! - Wyglądasz na wypoczętą, nie piłaś wczoraj w ogóle - mrużę oczy, uważnie skanując jej strój. A ma na sobie normalne, czarne legginsy, które sięgają jej do pępka i krótki, biały top, opinający
jej idealne piersi. Zwyczajny strój, jednak robi swoje, budząc mojego przyjaciela z głębokiego snu.
- Nie mogę pić alkoholu - siada obok mnie, podsuwając filiżankę pachnącej kawy - Jestem w ciąży, Luca.
- Co? - pytam zszokowany, prostując się niczym porażony prądem. Moje serce zaciska jakaś dziwna siła, brzuch kurczy się z nerwów, a głowa nagle przestaje boleć. Wszystko staje w miejscu; nie słyszę tykania zegara, nie rejestruję mojej dzwoniącej komórki, a tym bardziej dłoni Gabrielle, która unosi test i podsuwa mi go pod oczy. Dwie kreski. Jasny gwint! Jak do tego doszło?! Nie jestem w stanie teraz myśleć.
- Nie byłam jeszcze u lekarza, więc nie wiem, który to tydzień, ale na pewno jestem w ciąży. Zrobiłam siedem testów i wszystkie wyszły pozytywnie - chwyta moje ramię, przyciąga do siebie i ujmuje głowę w dłonie - Powiedz coś, bo zaczynam się stresować. Nie chcesz tego dziecka? To dla ciebie za wcześnie?
- N-nie - chrząkam, próbując pozbierać się do kupy. Przypominam sobie dzień, w którym tuliła do siebie Vincenta oraz Fabrizio, a ja nie marzyłem o niczym innym, aby mieć z nią dziecko. Wyglądała tak pięknie, aż nie mogłem odwrócić od niej wzroku. Bałem się, że zechce poczekać, że jest za młoda lub w ogóle nie będzie chciała mieć potomstwa. Musiałbym to zaakceptować, bo być może po stracie dziecka i traumie, jaką przeszła przez Ignazio, nigdy nie byłaby gotowa spróbować ponownie. A ona mówi mi, że jest w ciąży?! - Jezu, tak bardzo mnie zaskoczyłaś, Gabrielle. Chyba odebrało mi mowę, dziecino, ale jestem szczęśliwy!
- Własnie widzę - chichocze, pocierając swoim nosem o mój - Chciałam cię jakoś na to przygotować, ale nie wiedziałam jak. Ostatnio wciąż byłam zmęczona i senna, więc zaczęłam podejrzewać ciążę.
- To niesamowita wiadomość. Jestem taki szczęśliwy! - porywam ją w ramiona, przytulam do siebie i wdycham zapach jej włosów. Właśnie tak wygląda szczęście. Cudowna kobieta przy boku, zdrowie i szczęście, które ledwo mieściło moje serce. Czas zrobić nieco więcej miejsca dla naszego dziecka. 






K  O  N  I  E  C





**************************

Tadam!
Tak oto dobrnęliśmy do końca serii o rodzinie Mancuso :)
Smutno mi. Poczułam do tej serii ogromny sentyment i strasznie mi żal, że to już koniec.
Niestety tak już bywa. Wszystko ma swój koniec i tutaj również nadszedł.

Nie wiem, czy każdemu z was spodoba się takie zakończenie, ale na takie postawiałam. Nie chciałam dla Ignazio tortur, ponieważ taka wersja pojawiła się w części pierwszej, a ja nie lubię się powtarzać ;)

Oczywiście dziękuję każdej osobie, która zostawiła po sobie ślad, za każde dobre słowo. Bardzo to doceniam i niezmiernie mi miło, że jesteście tutaj ze mną. 

Zostajemy już tylko z jednym opowiadaniem, co nie znaczy, że nie piszę nic nowego ;)
Jestem od tego uzależniona i chociaż czasami opuszcza mnie wena i chęci, brnę dalej.
Tak więc! Proszę się przyznać, kto pamięta Nino i Emmę? :)
Pewna osoba, a chyba nawet dwie, niedawno podsunęły mi pomysł o części właśnie z tą dwójką. Zabrałam się za to bardzo niepewnie, jednak idzie mi całkiem sprawnie. Napisałam dwanaście rozdziałów i lecę dalej. Miałybyście ochotę poczytać właśnie o nich? To nie do końca takie definitywne rozstanie z rodzinką Mancuso, ponieważ w tej części czasami by się pojawiali. W końcu Emma to przyjaciółka Alessi, a Nino braci Mancuso :)

Okej. To chyba tyle.
Ściskam was mocno!
Kasia